Zanim zostałam mamą

0
636

Zanim zostałam mamą, moja droga do macierzyństwa nie była usłana różami. Do ostatnich dni ciąży drżałam i modliłam o szczęśliwe zakończenie.

Pierwsza wizyta

Miałam 16 lat, gdy mama zaprowadziła mnie pierwszy raz do ginekologa. Wtedy nie rozumiałam w ogóle sensu tej wizyty. Nieregularne miesiączki są przecież w tym czasie zupełnie naturalne. Nie miałam chłopaka, nie istniało więc niebezpieczeństwo zajścia w ciążę. Pamiętam ten dzień jak koszmar. Stres, wstyd i poczucie poniżenia.

Lekarka nie stwierdziła żadnych komplikacji a nieregularne miesiączkowanie tłumaczyła młodym wiekiem. Mijały lata, a moje miesiączki nie stały się ani trochę bardziej regularne. Wraz z osiąganiem dojrzałości zaczęłam bardziej interesować się funkcjonowaniem swojej kobiecości i przebiegiem cyklu miesięcznego. Rozpoczęłam regularne badanie podstawowej temperatury ciała. Po kilku miesiącach badań, z wykonanymi wykresami temperatury poszłam do lekarza. Była to pierwsza wizyta od wielu lat. Tym razem pani doktor nie zrzucała winy na młody wiek i okres pokwitania. Potwierdziła też moje podejrzenia o brak jajeczkowania. Cykle były długie, nieregularne i całkowicie bezowulacyjne.

Badania

Dostałam skierowanie na badania hormonów. Wyniki nie były najlepsze. Nieprawidłowy poziom estrogenów, progesteronu i protaktyny. Podejrzenie padło na przysadkę mózgową, która nadmiernie pracując, wytwarzała zbyt duży poziom hormonów.

Zaczęły się żmudne badania: zdjęcia rtg, tomograf, badania krwi. Potem leczenie farmakologiczne. Mijały miesiące, potem lata. Poziom hormonów został uregulowany, miesiączki stały się bardziej regularne, a w moim życiu pojawił się mężczyzna. Ten jedyny. Potem zaręczyny, ślub i planowanie dziecka. Niestety po wielu miesiącach starań, nie mogłam zajść w ciążę. Odezwały się dawne kłopoty z prolaktyną. Jej poziom był znowu zbyt wysoki. Lekarz włączył kolejną terapię farmakologiczną. Miesiące mijały, ja stałam się bardzo nerwowa. Wszędzie widziałam ciężarne kobiety i młody mamy z wózkami. Coraz częściej zaczynałam też myśleć, że ja nigdy tego nie doświadczę – miałam wtedy 28 lat.

Po kilku miesiącach przyjmowania leków udało się unormować poziom hormonów. Wydawało się, że droga do zajścia w ciążę jest już otwarta. Niestety kolejne miesiące nie potwierdziły tej optymistycznej myśli. Tym razem padło na męża. Lekarz zaproponował badanie czynności plemników. Wypadło pomyślnie. Ich budowa, ruchliwość i czas upłynnienia nie wykazywały żadnych, niepokojących nieprawidłowości. Piłeczka ponownie została odbita w moją stronę. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, a jednak w ciążę nie zaszłam.

Lekarz zlecił kolejne badanie. Tym razem było to HSG, czyli podanie przez pochwę i szyjkę macicy kontrastu i wykonanie kilku zdjęć RTG. Wynik badania potwierdził wcześniejsze podejrzenia lekarza. Diagnoza, to niedrożność jajowodów. Załamałam się. Pokonałam już jedną przeszkodę na drodze do dziecka, a tu pojawiła się nowa.

Zaczęły się kolejne badania i kolejne zabiegi. Zalecono mi udrożnienie jajowodów poprzez rozpychanie ich przy pomocy wtłaczanego silnego strumienia płynu. Efekt zabiegu niestety nie był zadawalający. Lekarze nie dawali mi wielkich szans.

Nadzieja

Gdy się już całkowicie poddałam, okazało się, że jestem w ciąży. Dwie cudowne małe czerwone kreseczki na ciążowym teście były najpiękniejszą chwilą mojego życia. Wbrew lekarskim diagnozom, ziściło się moje marzenie. Niestety szczęście trwało bardzo krótko. Okazało się, że ciążą jest pozamaciczna. Załamałam się.

Lekarze zaproponowali zapłodnienie pozaustrojowe. Oboje z mężem wiedzieliśmy, że tego chcemy. To była nasza ostatnia szansa. Miałam wtedy 34 lata. Mój biologiczny zegar wybijał już końcowy alarm.
Zaczęły się kolejne żmudne badania. Najpierw moje potem męża. Następnym etapem była odpowiednia stymulacja hormonalna poprzedzająca zabieg in vitro. Zaczęłam przyjmować hormony na stymulacje jajników, tłumiące przysadkę mózgową, pobudzające wzrost pęcherzyków. W końcu podano mi leki wywołujące owulację.

Gdy wszystkie przygotowania zostały dopełnione, lekarze pobrali oocyty i połączyli je z plemnikami męża. Na szczęście wynik zabiegu był pozytywny a nasze zarodki rozwijały się prawidłowo. Po 3 dniach nastąpiło wprowadzenia najsilniejszych zarodków do macicy. Pozostałe zostały zamrożone, na wypadek niepowodzenia pierwszej próby. Okazało się, że były potrzebne, a ja po kilku miesiącach ponownie zjawiłam się w klinice na kolejny zabieg wprowadzenia zarodków do macicy.

Strach

Tym razem miałam więcej szczęścia. Po drugim zabiegu in vitro wreszcie byłam w ciąży. Najwspanialszej, najcudowniejszej i najbardziej upragnionej. Jej przebieg nie był jednak taki, jak sobie wyobrażałam. Nie wychodziłam prawie z łóżka. Bałam się, że znowu ją stracę. Nie wierzyłam, że się uda. Każdy ból brzucha wywoływał u mnie panikę. Każde złe samopoczucie było powodem do wizyty lekarskiej. Do ostatnich dni potwornie się bałam i prawie nie wierzyłam, że będę mamą. W domu nie było żadnych rzeczy kupionych z myślą o dziecku. Nie było wózka, łóżeczka, pieluszek, kaftaników, butelek i smoczków. Nie zniosłabym sytuacji, gdybym musiała je oglądać w sytuacji ewentualnego poronienia. Tuż przed porodem potrzebne rzeczy kupiła moja mama.

Gdy dziś patrzę na małe czarne oczka mojej córeczki, sama nie wiem, że przetrwałam tę długą i ciężką drogę po dziecko. Trwała kilkanaście lat. Było warto.

Źródło zdjęcia: flickr.com via Maggie on Pinterest

reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here